Gra inna niż wszystkie

 

Słyszeliście kiedyś o Dark Souls? Jest to japoński action RPG wyprodukowany przez From Software. Większość ludzi, którzy nie mieli bezpośredniej styczności z serią, a kojarzą ją jedynie z opinii innych graczy, tworzy sobie wyobrażenie gry, która jest po prostu bardzo trudna. Marketingowcy zajmujący się promowaniem marki stawiają bardzo często na lansowanie właśnie tego konkretnego aspektu gry.
Fakt, iż w Soulsach umrzemy dziesiątki, jak nie setki razy, nie definiuje tej produkcji jako zwykłego wyzwania dla hardkorowych graczy. Seria Dark Souls to przede wszystkim niepowtarzalna i jedyna w swoim rodzaju przygoda, której po prostu nie da się zapomnieć. Zapraszam wszystkich do poznania opowieści o casualu, który z kolorowego świata mainstreamowych gier trafił wprost do piekieł hardcoru. Piekieł, które mimo swej brutalności i odmienności okazały się światem niezwykłym, budzącym zarówno zachwyt jak i odrazę, a emocje towarzyszące podróżnikowi przemierzającemu nieznane mu dotąd krainy wahały się między złością a euforią, strachem a pewnością siebie, między zawziętością a bezsilnością… Poznajcie moją przygodę z Dark Souls.
Słowem wstępu
Wciąż pamiętam pierwszego RPGa, w jakiego przyszło mi zagrać. Byłem wtedy jeszcze małym brzdącem, który zakochał się w  polskiej grze Two Worlds. Drewniane animacje nie raziły mnie wtedy tak jak dzisiaj, a grafika nie stanowiła żadnego problemu. Małego Maciusia porwał przede wszystkim rozległy i różnorodny świat, jakiego nigdy wcześniej nie widział. Eksplorując mapę czułem się jak odkrywca na nikomu nieznanych terenach. Właśnie to uczucie zapadło mi najbardziej w pamięć. Nie oszukujmy się, Two Worlds nie jest w obecnych czasach grą godną uwagi, ale dla brzdąca nie grającego nigdy wcześniej w nic podobnego było niezapomnianą przygodą…
Na przestrzeni lat eksploracja średniowiecznych gier fantasy sprawiała mi coraz mniej przyjemności. Ciągle miałem wrażenie, że coś podobnego gdzieś już widziałem. Zwiedzanie wirtualnych światów było dla mnie rozrywką, aczkolwiek nie było to już tak silne doświadczenie, jak pierwszy kontakt z wizją mrocznej fantastyki z rycerzami i zamkami w tle. Na powrót tego uczucia musiałem jeszcze zaczekać.
Pierwszy kontakt z arcydziełem
 
Pewnego dnia udało mi się dorwać Dark Souls Prepare to Die Edition na przecenie w Biedrze. Wtedy nie słyszałem praktycznie nic o poziomie trudności gry, lecz targnięty chęcią zagrania w „jakiegoś erpega” nabyłem Soulsy bez większego namysłu. Wróciłem szczęśliwy do domu, uruchomiłem grę…o k*rwa, co to jest? Sterowanie w wersji PC było wtedy koszmarne. Dzisiaj mamy już wersję remastered, która naprawia te błędy, jednakże kilka lat temu naprawdę ciężko było poruszać się postacią w grze. Dodatkowym utrudnieniem był kursor myszy, który nie chciał zniknąć z ekranu i perfidnie rozpraszał grającego. Pomińmy już kwestie techniczne i optymalizacyjne (lock na 30 FPS).

 

Skupmy się teraz na gameplayu. Gra zaczyna się w lochach. Właśnie tam przyjdzie nam odegrać dość nietypowy samouczek. Jedyne wskazówki co do gry to takie, które pozostawili inni gracze w postaci krótkich komunikatów spoczywających na ziemi . Niestety nie pomagały one za bardzo, gdyż odnosiły się do sterowania na padzie, a ja używałem klawiatury oraz myszki. Spróbowałem ogarnąć poruszanie się na własną rękę i brnąłem dalej przez ciasne korytarze napotykając wrogów w postaci powolnych zombie, którzy teoretycznie nie powinni stanowić dużego zagrożenia.Teoretycznie. Kilka razy udało mi się doprowadzić do nieprzyjemnej konfrontacji mojego awatara z tępym żelastwem dzierżonym przez moich oponentów. Ale mimo wszystko nie było tak źle…do czasu.  Pierwszy boss soulsów z perspektywy czasu jest śmiesznie prosty , jednakże dla nooba, jakim byłem wtedy, sytuacja nie wyglądała tak kolorowo. Ogromny kilkumetrowy demon w mgnieniu oka zmiażdżył mnie swoim równie potężnym młotem. Gra na samym starcie uczy odbiorcę, że bezmyślne mashowanie przycisku ataku to taktyka prowadząca jedynie w objęcia samej śmierci. Metodą prób i błędów uczyłem się unikać ataków kolosa, każda porażka była cholernie denerwująca. To niemożliwe, żeby mnie, zapalonego gracza spotykało takie upokorzenie. W końcu po kilku próbach piekielny wysłannik uległ dewastującym ciosom mojej klingi. Zwycięstwo. Teraz mogło być już tylko gorzej. Nie minęło 5 minut, a ja znowu umierałem. Tym razem od zwykłych przeciwników, których było więcej i wydawali się być bardziej agresywni. Próbowałem, umierałem, próbowałem znowu, jednakże bezskutecznie. To był właśnie moment, w którym stwierdziłem, że ta gra po prostu nie jest dla mnie i odstawiłem ją na długi czas…
Powróciłem silniejszy
Minął rok, może trochę więcej. O grze przypomniał mi mój kolega Korag, który postanowił spróbować swoich sił z tym cholernym dziecięciem samego Lucyfera. Jego komentarz odnośnie własnych prób i porażek, zachęcił mnie do ponownego podjęcia wyzwania. Skoro Korag dotarł dalej ode mnie, to ja nie mogłem pozostać gorszy. Uruchomiłem zakładkę Steam i na nowo pobrałem Dark Souls Prepare to Die Edition. Tym razem okazałem szacunek tytułowi. Przygotowałem się na śmierć.
I to nie jedną.Umierałem dziesiątki razy, jednakże w tym wypadku kapitulacja nie przeszła mi przez myśl. Powoli brnąłem do przodu analizując każdy swój błąd, ucząc się zasad panujących w świecie Mrocznych Dusz oraz ataków moich przeciwników. Właśnie wtedy zacząłem dostrzegać swoiste piękno produktu, z którym miałem do czynienia. Obcowałem ze światem, którego nigdy wcześniej nie widziałem, którego różnorodność i pomysłowość zaskakiwała do tego stopnia, że mimo kolejnych godzin spędzonych w świecie Dark Souls, w dalszym ciągu czułem się tak samo niepewnie, jak na początku mojej przygody. Nauczyłem się, że nadmiar pewności siebie to najkrótsza droga do ujrzenia napisu „You Died”.  Zacząłem doceniać kunszt projektantów, podziwiałem zachwycające projekty lokacji,wsłuchiwałem się w prześwietną i niezwykle klimatyczną muzykę. Chłonąłem ten brutalny świat i brnąłem dalej w coraz to ciemniejsze zakamarki mimo kolejnych porażek. Dlaczego? Bo zwycięstwo nad bossem, z którym męczyłem się przez ostatnie godziny, to jedno z najlepszych odczuć, jakich może doznać gracz.
Śmierć boli 
Z reguły śmierć w innych grach wiąże się ze wczytaniem ostatniego zapisu. Jeśli uważacie, że tutaj jest tak samo, to grubo się mylicie. Kiedy umieramy w Dark Souls, upuszczamy całe zebrane wcześniej doświadczenie w formie dusz. Będą one czekały na nas w postaci zielonego orba unoszącego się nad miejscem naszego zgonu. Jeśli umrzemy jeszcze raz, zanim zdołamy je odzyskać…Puf…Wszystko przepada. Dlatego tak ważne jest, żeby nie nosić przy sobie nadmiaru punktów doświadczenia i regularnie wydawać je na umiejętności. Takie rozwiązanie z punktu rozgrywki to kolejna taktyka, żeby karać pośpiesznych i nierozważnych graczy.
Pchła kontra czołg
Mniej więcej tak czułem się za każdym razem, kiedy wkraczałem na arenę bossa. Niemalże zawsze przyjdzie nam walczyć z bestiami kilka lub kilkanaście razy większymi od nas. I każda z tych walk to zupełnie inne doświadczenie. Na każdego niemilca musimy opracować specjalną taktykę, której często uczymy się poprzez popełnianie błędów. Bardzo ważne jest wyczucie, musimy wiedzieć kiedy stosować uniki, aby unikać dewastujących, często zabijających nas na przysłowiowego „hita” ciosów.(Ale jak to nie ma takiego przysłowia? W środowisku graczy jest, okej?)
Nawet nie wyobrażacie sobie, jaka ulga i jaka radość towarzyszy wygranej nad bossem, z którym męczyliście się przez ostatnie godziny stosując różne taktyki. Progres w Soulsach to doświadczenie jedyne w swoim rodzaju.
Śmierć czeka!
Mógłbym gadać o tej grze godzinami, a i tak nie opiszę jej tak jakbym tego chciał. Po raz kolejny powiem, że seria Souls to tytuły jedyne w swoim rodzaju. Niektórzy powiedzą, że „jedyne prawilne ErPeGi”. Co powiem ja? Że zdecydowanie warto spróbować swoich sił z tytułem i sumiennie przełykać gorycz porażki, bo zwycięstwo, na które tak długo czekaliście i o które walczyliście tak zacięcie, smakuje przewybornie. Jeśli znudziły wam się średniowieczne rpg fantasy, to ta gra na nowo wciągnie Was w ten świat. Gwarantuję wam, że czegoś takiego jak świat Soulsów jeszcze nie widzieliście.
I pamiętajcie – Chwalcie Słońce! Powodzenia!
~Bonus Boobies.png
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s