O kowboju co diabłem był…

Ci, którzy od czasu do czasu mnie czytają wiedzą, że lubię eksperymentować z formą. Poniżej znajdziesz opis napadu na pociąg z gry RDR2. Jest to jedna z moich ulubionych aktywności w najnowszej produkcji Rockstara. Dostarcza masę frajdy oraz idealnie przedstawia możliwości gry, wraz z  jej swobodą. Cóż mogę rzec – Zakochałem się w Red Dead Redemption 2! Zapraszam na krótką historię…

Powiadajo, że sam Diabeł odwiedził nasze ziemie. Zostawia za sobą ino stosy ciał.  Od tygodni kilku po całym New Hanover  i okolicznych stanach chodzą pogłoski o bandycie, co nie zna litości.

Rewolwerowiec z piekła, wysłannik kostuchy, prawa ręka Lucyfera, demon, morderca i złodziej – Arthur Morgan. Każdy panocek sie tego imienia strzeże, oj każdy. I nie dziwota. Sam żem widział, jak rozprawił sie z najemnikami. Finezyji mu nie brak na pewno, z przecinaków gwizdacze posyła jakby legendy prawdą były… Jakby diabeł te kule prowadził.

W oczach jego taki sam straszliwy żar płonie jak na szatańskich wizerunkach. Każdy kto mu podskoczył kopnął wiadro. Nawet tych, co o litość błagali nie oszczędzał… Powiadajo, że okradł już tyle panocków, że mógłby do końca żywota w williji mieszkać w Saint Denis, pośród tych wszystkich mieszczuchów. Jednak ten dalej grasuje po tych ziemiach. Pociągi okrada i concordy, albo czyha na samotnych jeźdźców, co by gardło im na bagnach poderżnąć i klamoty zwinąć.

A nieuchwytny przy tym jest jak świniak w błocie wytaplany. Zawsze nogę da, nie ważne ilu za nim ludzi goni. Wszystkich pośle w hades i znika. Jak duch. Strzeżcie się tedy Morgana i Szeryfy i Grangery. Jeśli na horyzoncie ujrzycie konia białego jak śnieg, zawracajcie prędko i módlcie sie do stwórcy co by was ratował… – Jerry Torrinter, pastuch z Lemoyne

Dziennik Arthura Morgana

26 października 1899

Dzisiejszego dnia zarobiłem więcej niż przez ostatni tydzień. To miał być zwykły napad na pociąg. Szybki rabunek i ucieczka, jak zawsze. Była 15:49, kiedy usłyszałem gwizd nadjeżdżającego pociągu. Prawie jak w zegarku… Na napad wybrałem miejsce, gdzie tory biegną przez bagna. Na terenach podmokłych ludziska wybudowali specjalną konstrukcję, która ciągnie się przez długie mile i jest zawieszona wysoko nad ziemią. Właśnie w tym miejscu chciałem zatrzymać pociąg. Musiałem działać szybko…

Pogoniłem swego rumaka i pędem ruszyłem w stronę torów. Wyrównałem prędkość z metalowym potworem i wskoczyłem na jego pokład. Taki skok przyciągnął uwagę strażnika, który patrolował wagon magazynowy. Nim zdążył sięgnąć po broń runął na ziemię z nożem wbitym między oczy. Spojrzałem na zegarek.

Pociąg miał wjechać na bagna planowo za trzy minuty, jednakże uwzględniając jego opóźnienie, na całą akcję miałem ich aż sześć. To wystarczająco. Przeszukałem ciało powalonego strażnika. Miał przy sobie platynowy pierścień. Cenna rzecz… Paser daje spore sumki za takie znaleziska.

Wyciągnąłem swoje gnaty – grawerowane złotem pistolety z samozapinaniem. Szybkie, niezawodne i zabójcze. O wiele lepsze od rewolwerów, których kiedyś używałem. Do napadu nie zakładałem maski. Moja twarz ma w tych rejonach taką reputację, że budzi dwa razy większą grozę niż uzbrojony mężczyzna z zakrytą mordą. Wkroczyłem do pierwszego wagonu pasażerskiego. Był prawie cały pełny. Ludziska w garniturach, drogich sukniach, na pierwszy rzut oka widać było, że obracali się w wyższych sferach. Oddałem ostrzegawczy strzał i delektowałem się odgłosami paniki i przerażenia. Rzuciłem standardową formułkę, aby przymusić pasażerów do oddania mi swoich kosztowności. Rzucali we mnie złotą biżuterią, grubymi plikami banknotów i innymi kosztownościami. Już wtedy wiedziałem, że rozbiłem bank.

Spojrzałem na zegarek. Trzy minuty do wjazdu na bagna. Pora odwiedzić motorniczego. Przebiegłem przez kolejne wagony, również pełne przestraszonych bogatych mieszczuchów. Wtem usłyszałem ogłuszający świst. Kulka przemknęła mi tuż nad głową, tworząc pokaźną dziurę w moim ulubionym kapeluszu. Kolejni strażnicy. Ukryłem się za fotelami. Jeden z pasażerów dostał w ramię, jego krew bryznęła mi na twarz. Spojrzałem na czas…. dwie minuty. Wychyliłem się zza osłony i zasypałem skurwysynów gradem kul. Po chwili przebiegłem przez podziurawione ciała i udałem się wprost do motorniczego.

Wyrzuciłem go z pędzącego pociągu i przejąłem kontrolę nad maszyną. Wjechałem na drewniany most i zacząłem zwalniać bieg. W końcu udało mi się zatrzymać metalowego giganta jakieś 10 metrów nad ziemią. Zabawa miała się dopiero zacząć. Z uśmiechem na twarzy wróciłem do rabowania pasażerów. Nikt nie przeszkadzał mi w robocie, nikt nie próbował uciekać, czysta sielanka. Po odhaczeniu wszystkich wagonów miałem już kilkaset dolarów w gotówce oraz całą masę drogocennych przedmiotów. Przyszła kolej na sejfy…

Udałem się do wagonu, w którym przechowywane były kosztowności oraz niektóre bagaże pasażerów. Namierzyłem sejf. Potężna, metalowa kasa pancerna sprawiała wrażenie niezniszczalnej. Przymocowałem do niej laskę dynamitu i odpaliłem ją. Odgłos wybuchu przyciągnął stróżów prawa. Z daleka słyszałem gwizdki policyjne, które były coraz głośniejsze. Spojrzałem na swoje dzieło zniszczenia. Sejf okazał się nie być tak niezniszczalny na jaki wyglądał. Osmolone drzwiczki otworzyły  się samoistnie. W środku znalazłem grube pliki banknotów, mieszki z pieniędzmi, platynowe zegarki oraz drogocenną biżuterię. Ledwo udało mi się upchnąć wszystko do mojej torby.

Stróże prawa otoczyli teren. Dobrze, że zabrałem ze sobą swój karabin powtarzalny Lancaster. Rozpoczęła się strzelanina. Z łatwością zdejmowałem oddziały policyjne z wysoka. Krew tryskała dookoła. Dźwięk kul przebijających powietrze powoli stawał się nie do zniesienia. Ciągle nadciągały kolejne zastępy policji. Wysokość jednak daje ogromną przewagę w takich potyczkach. Większość z nich wybiłem jak kaczki i przerobiłem na karmę dla aligatorów. Po chwili nastała cisza…

Spojrzałem w dół. Zobaczyłem tam morze ciał, wodę zabarwioną od krwi, niedobitków wołających o pomoc, trupy z rozłupanymi czaszkami…

Niestety to była część mojej roboty… Zwinąłem wszystkie potrzebne klamoty i ruszyłem do ostatniego wagonu. Ludzie patrzyli na mnie jak na potwora. Jak to mawiał Dutch – „My tylko próbujemy przeżyć.”

Wyskoczyłem na tory i pobiegłem ich śladem. Kiedy byłem już trochę niżej zagwizdałem głośno. Mój koń – Azazel – jak zwykle mnie nie zawiódł. Przybiegł do mnie po chwili, a ja pognałem na jego grzbiecie i zniknąłem między drzewami, obserwując z ukrycia patrole policji gnające na miejsce zdarzenia…

To był jeden z moich najbardziej udanych skoków. Wszystko poszło tak jak planowałem. Mam zamiar udać się na wschód i rozbić obóz na jakimś pustkowiu. Tam przeczekam kilka dni, aż sprawa ucichnie. Następnie udam się do pasera sprzedać wszystkie kosztowności. Dutch będzie ze mnie dumny. Za tyle pieniędzy wykarmimy wszystkie gęby w obozie, a może nawet uda mi się za to kupić coś extra…Przydałby mi się nowy płaszcz, albo spluwa…

Reklamy

3 Comments

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s